niedziela, 21 lipca 2013

Wakacje.

Pomyślałam, że pokażę wam dlaczego nie pojawiają się nowe posty. Otóż poza niezmierną odległością od mojej małej pracowni (jakieś 2 tysiące kilometrów) rozpraszają moją uwagę piękne widoki. Napstrykałam trochę zdjęć, żebyście też sobie pooglądali ;)






Odwiedził mnie też lis. :)


poniedziałek, 15 lipca 2013

Ale jaja!

Dawno mnie nie było. Tak dawno, że zdziwiłam się na widok letniej szaty własnego bloga. Hańba!

Ale, ale! Będąc na wygnaniu, z dala od pracowni i mając wciąż gorsze ciężary na głowie znalazłam chwilę na małą robótkę. 

Mama zażyczyła sobie podstawki do jajek. Znalazłam z surowego drewna i pomyślałam, że nie byłabym sobą jakbym nie zrobiła im małego tunningu. Mama lubi meble i dodatki z przecieranego na biało drewna, więc postanowiłam również potraktować podstawki w ten sposób. W zasadzie to był to po części pomysł Simona.

Oczywiście nie mogło być idealnie - trochę przesadziłam z ilością farby i zamiast bielone wyszło białe. Widać w prawdzie delikatnie rysunek słoi, ale nie w taki efekt celowałam. Nie poddałam się jednak i podrasowałam podstawki błękitnym wzorkiem malowanym przez szablonik. Wzorek lekko przetarłam białym, żeby nie odcinał się tak mocno od tła. Do tego krawędzie poprzecierałam na błękitno, polakierowałam  i voilà!


Mamie się podobają (pokażcie mi matkę, której nie podobają się wytwory własnego dziecka), mi trochę mniej, bo nie do końca wyszły jak planowałam. Ale uważam, że są na tyle fajne, że mogę się pod nimi podpisać ;)


Może jutro zrobimy im śniadaniowy chrzest bojowy?

czwartek, 27 czerwca 2013

Dobry sen to podstawa.

Najkrótsza noc w roku już minęła, od teraz noce będą się wydłużać. Do tego, niektórzy mają wakacje lub urlopy co jeszcze bardziej sprzyja nocnemu wypoczynkowi. Jest jednak coś co może spokojny sen zakłócić i bezpowrotnie odebrać - koszmary.

Podobno najlepszym lekarstwem na koszmary jest łapacz snów. Indianie wierzyli, że wszystkie sny przychodzą z nocnego nieba. Należało więc zrobić łapacz snów w postaci spiralnie uplecionej sieci i zawiesić go w miejscu, w którym światło księżyca i gwiazd wpada do pomieszczenia, w którym się śpi. Złe sny zaplączą się w siec i nie będą dręczyły śpiącego, natomiast dobre słynął gładko po ozdabiających łapacz piórach prosto do głowy śniącego. Uwięzione w łapaczu koszmary nie są groźne, bo z pierwszymi promieniami słońca jakie dotknął go o poranku rozpadną się bez śladu.

Strasznie podoba mi się ten zwyczaj, a koncepcja snów w taki sposób trafiających do naszych śniących głów jest bajkowa i bardzo sugestywna. Do tego łapacze snów wyglądają pięknie, szczególnie te wiszące swobodnie (a nie przy ścianie) delikatnie kołyszące się pod wpływem ruchów powietrza.




Postanowiłam sama zrobić łapacz. Powstało ich już kilka i z każdym następnym nabieram wprawy w wyplataniu.


W końcu dojrzałam, żeby zrobić łapacz dla siebie i Simona, ale nie mógł być to taki sobie zwykły łapacz. Jak już pewnie niektórzy zauważyli moje zamiłowanie do kościanych motywów. Doszłam do wniosku, że kości świetnie zgrają się z indiańskimi klimatami i tak powstał mój osobisty łapacz. 


Jest spory - ma trochę ponad 80 cm długości. Obręcze zrobiłam z grubego drutu i po wypleceniu siatek oplotłam dodatkowo sznurkiem. Wzorek jaki utworzyły siatki nie do końca mi się podoba, ale zrobienie tego łapacza zajęło mi cały dzień i od plecenia bolały mnie palce. Nie miałam siły poprawiać. Może w przyszłości zdecyduję się na przerobienie ich na bardziej spiralne - takie jak w poprzednich łapaczach.


Do ozdób użyłam piór gołębi i mew, kości kurczaka i indyka oraz drewnianych i kamiennych koralików. Sznurki to dratwa szewska i jakiś taki bawełniany sznurek uniwersalny. W centrum największego łapacza znajduje się czaszka lisa lub jenota, którą dostałam od znajomego namiętnie włóczącego się po lesie i dzielącego moją fascynację kośćmi i piórami. 

Tradycyjnie już oświadczam, że w celu wykonania moich prac nie cierpią i nie giną żadne zwierzęta - wszystkie materiały są zbierane w takim stanie, w jakim później je wykorzystuję, pochodzą od zwierząt, które trafiają do mnie martwe lub są pozostałościami po obiedzie ;)


Łapacz wisiał w oknie tuż przy łóżku. Niestety było to okno od północy. Myślę, że wisząc w oknie od wschodu lub zachodu rzucałby na ściany niesamowite cienie. Wydaje mi się, że działa - łapie złe sny, chociaż pewnie to tylko autosugestia. A może jednak nie... ;)

niedziela, 23 czerwca 2013

Nowa odsłona Vosa van den Bosa.

Z okazji lata prezentuję wakacyjną odsłonę rękoczynowego lisa. Mam nadzieję, że Wam się podoba. Mi bardzo. Zwłaszcza, że jestem właśnie w Kołobrzegu i zawładnęły mną nadmorskie klimaty ;)

niedziela, 16 czerwca 2013

Kolczyki we współpracy z puszczykiem.

Mam kolegę, który lubi łazić po lesie. Zwykle nie po ścieżkach, więc znajduje różne ciekawe rzeczy, a że zna moją słabość do kości dostaję od niego przydatne drobiazgi. Ostatnio sprawił mi ogromną niespodziankę. Natknął się w lesie na gniazdo puszczyka i nazbierał tam mnóstwo wypluwek, których sporą część dał mi. Oczka mi się zaświeciły do tego prezentu. 

Puszczyk odwalił za mnie sporą część roboty - zjadł mysz lub innego gryzonia i wypluł właściwie czyste kostki. Musiałam je oczywiście wyczyścić (no bo jak by nie patrzył to było w żołądku puszczyka, a później opuściło go przez paszczę). Wyszorowałam kostki w wodzie z mydłem i wybieliłam w wodzie utlenionej. 


Wybrałam część i posegregowałam, a resztę przekazałam koleżance, która zajmuje się biżuterią bardziej profesjonalnie i ma podobny gust kościany jak ja ;)


Wyczyszczone kostki musiały poczekać na wenę, która przyszła wczoraj wieczorem i powstały takie oto kolczyki.


Mają około 5 cm długości i są niesamowicie delikatne - lepiej nie wrzucać ich do torebki po zdjęciu. Mój Luby stwierdził, że przypominają wściekłego pirata. W sumie coś w tym jest :D

Doszłam do wniosku, że fiolki z kostkami wyglądają jak wyjęte z wiedźmiego kuferka z ingrediencjami. Brakuje mi tylko skrzydła nietoperza i oddechu żaby ;)


Oczywiście żadne zwierzę nie ucierpiało w celu zrobienia tej biżuterii.

piątek, 14 czerwca 2013

Przydasiowe metamorfozy.

Dostałam jakiś czas temu od Magdy trochę przydaśków, wśród których było 6 szydełkowych kwiatków. Dwa turkusowe już stały się kolczykami. Cztery pozostałe własnie zakończyły swoje metamorfozy.


O tym, że bardzo lubię niebieski pewnie już pisałam. Ostatnio zaczęłam łączyć swój ulubiony kolor w takie zestawy, które wcześniej zupełnie do mnie nie trafiały, a teraz bardzo mi się podobają. Tak właśnie powstały rudo-niebieskie kolczyki.


Te dwa kwiatki były wisiorkiem. Nałożone jeden a drugim ze srebrną kulką w środku nie wyglądało szczególnie interesująco. Przerobiłam je na broszkę. Od dłuższego czasu miałam ochotę zrobić taką przypinkę ze zwisami ;) Zwisające luzem łańcuszki są dwa (jeden zakończony kwiatuszkiem, drugi bez niczego) , tylko na zdjęciu się tak nałożyły, że wyglądają jak jeden.


wtorek, 11 czerwca 2013

Jeszcze w rozdawajkowych klimatach.

Moje Candy zakończone. Mogę się teraz pochwalić rozdawajką, w której to do mnie uśmiechnęło się szczęście. Było to cadny organizowane przez Lolissę. Koniecznie zajrzyjcie na jej bloga. Lolissa zajmuje się soutachem i robi fenomenalną biżuterię! W ramach candy przytuliłam takie oto piękne kolczyki:


Nie mogąc się oprzeć czarowi małych dziełek Lolissy skorzystałam z darmowej wysyłki w ramach candy i kupiłam sobie jeszcze jedne kolczyki i cudownych kolorach:


Są dość duże i raczej ciężkie, więc na wszelki wypadek dostałam również bazy do klipsów, na które mogę wymienić bigle jeśli noszenie kolczyków będzie uciążliwe.

Zachęcam do odwiedzania i obserwowania Lolissy - warto!
Zdjęcia pożyczyłam od autorki kolczyków.